I
ZGŁOSZENIE
Rozdział I
Przerzucam nogi przez łóżko. Przed sekundą była u mnie mama i oznajmiła, że ktoś do mnie przyszedł. Jest około północy więc mogę spodziewać się tylko jednej osoby. Ściągam piżamę i wciskam zamiast niej ubranie. Nie wiążę wysokich butów, chcę się z nim zobaczyć jak najszybciej. Biegnę przez krótkie i wąskie korytarze. Mój dom jest mały i ciasny, nienawidzę go. Podłoga trzeszczy pod moimi stopami i muszę przeskakiwać dziurę między deskami, ktoś powinien ją naprawić. Z trzaskiem zamykam stare, gnijące drzwi. Chyba rozbudziłam całą rodzinę ale już mnie to nie obchodzi. Obwiewa mnie chłodny wiatr więc muszę szczelniej przytulić się do kurtki. I tak przechodzi przez nią zimno więc rozcieram mocno ręce, myśląc że cokolwiek to da. Mimo panujących egipskich ciemności dostrzegam umięśniony cień przyjaciela. Rozmawia z grupą ludzi, stawiam że to strażnicy pokoju. Podchodzę do nich a oni przyglądają mi się przez chwilę. Nagle kiwają wyrozumiale głową i odchodzą. Zazwyczaj straże są bardzo surowe i niełaskawe dla innych. Ja jednak skradłam ich serca gdy rzucałam noża na ćwiczeniach. Nie wszystkie dystrykty mają trening, właściwie to chyba tylko 1 i 2. Jednak Kapitol, czyli wielka oraz wspaniała ojczyzna Panem dała nam wiele praw, którzy inni nie mają. Jesteśmy ich ulubionym dystryktem więc oprócz uczestniczenia w Igrzyskach Śmierci, w których mieszkańce Kapitolu nie muszą uczestniczyć oraz wyznaczonego obszaru dystryktu po którym możemy się poruszać, jesteśmy całkowicie wolni. Chciałabym kiedyś pojechać do Kapitolu. Powiadają, że Kapitolińczycy nigdy nie zaznali głodu i pragnienia a ich największym problemem jest to, że nie pasują im buty do stroju. Widziałam obrazy Kapitolu na zdjęciach. Jest fantastyczny. Oblany technologią i srebrzystymi drapaczami chmur. Ludzie są ubrani w kolorowe, modne i drogie stroje. Zazwyczaj mnie śmieszą ale ja niezbyt znam się na topach, bo nie docierają do naszego dystryktu. Czekam aż strażnicy pokoju odejdą na tyle daleko bym mogła swobodnie rozmawiać z przyjacielem.
-Hej, Cato.-Ściskam jego dłoń. Z uśmiechem patrzy na mnie z góry, ponieważ jest ode mnie o wiele wyższy.
-Hej, Clove. Idziemy do budynku treningowego?-Pyta. Kiwam głową. Budynek treningowy jest u nas jedynym nowoczesnym miejscem ponieważ dostaliśmy go od Kapitolu w ramach podarunku dziękczynnego za pomocy w Mrocznych Czasach, w których z 13 dystryktów zrobiło się 12. Długa i smętna historia, chociaż przypomina się o niej w szkołach. Skierowaliśmy się w prawo, w stronę budowli. Otwierają się przed nami rozsuwane drzwi. Światło razi mnie z początku w oczy ale po chwili się przyzwyczajam. Idziemy na wyższe piętro po białych, lśniących schodach. Wchodzimy do naszej ulubionej sali. Jest tam niesamowicie dużo miejsca i dużo broni. Jest już tam parę osób ale nie interesują się nami więc mogę swobodnie rozmawiać. Muszę uważać na towarzystwo w okół mnie ponieważ może być śledczym odziałem z Kapitolu.
-Znów noże?-Cato zauważa, że patrzę się na worek pod manekinem. Jestem pewna, że leży tam moja ulubiona broń.
-Może spróbuję czegoś innego.-Mrugam do niego i obracam się w okół własnej osi w poszukiwaniu interesującej broni.
-Taa, już to widzę.-Caton szczerzy do mnie zęby. Sięga po topór i muska palcami jego ostrze.-Może rozpalmy jakiś ogień? Jest tu chłodno.
Siadamy koło specjalnej płachty przeciw pożarowej. Na niej możemy spokojnie rozpalać ogień, ponieważ się nie rozpowszechni. Podaję przyjacielowi krzemień a ja układam drewno. Cato nie rozpala ognia z łatwością ale przynajmniej mu się udaje. Po chwili możemy już się grzać.
-Czemu po mnie przyszedłeś? Przecież i tak bym tu dotarła.-Przerywam ciszę.
-Za długo czekałem.-Odpowiada.
-Czekałeś? Na co niby? Na mnie? Przecież wiesz, że zawsze tutaj jestem.-Marszczę brwi. Zazwyczaj spotykamy się tutaj z Cato i ja jestem tu od niego dłużej. Czyżby męczyły go jakieś problemy?
-Niby tak ale się już niecierpliwiłem. Nie było cię długo.
-Koszmary?-Dopytuję. Ja rzadko miewam złe sny. Jestem przyzwyczajona do zła w życiu i jestem wychowana do trafienia na Igrzyska Śmierci więc nie widzę obawy, Cato był... po prostu miał ciężkie dzieciństwo. Poznałam się w nim podczas dożynek. A raczej po dożynkach. Jego starsza siostra trafiła na arenę. Uczono nas w szkole, że powinniśmy z tego powodu pogratulować jego rodzinie. On chodził do klasy o rok wyższej ode mnie, ale nigdy z nim nie rozmawiałam - w naszych małych szkołach jest mnóstwo uczniów.
-Hej, Clove. Idziemy do budynku treningowego?-Pyta. Kiwam głową. Budynek treningowy jest u nas jedynym nowoczesnym miejscem ponieważ dostaliśmy go od Kapitolu w ramach podarunku dziękczynnego za pomocy w Mrocznych Czasach, w których z 13 dystryktów zrobiło się 12. Długa i smętna historia, chociaż przypomina się o niej w szkołach. Skierowaliśmy się w prawo, w stronę budowli. Otwierają się przed nami rozsuwane drzwi. Światło razi mnie z początku w oczy ale po chwili się przyzwyczajam. Idziemy na wyższe piętro po białych, lśniących schodach. Wchodzimy do naszej ulubionej sali. Jest tam niesamowicie dużo miejsca i dużo broni. Jest już tam parę osób ale nie interesują się nami więc mogę swobodnie rozmawiać. Muszę uważać na towarzystwo w okół mnie ponieważ może być śledczym odziałem z Kapitolu.
-Znów noże?-Cato zauważa, że patrzę się na worek pod manekinem. Jestem pewna, że leży tam moja ulubiona broń.
-Może spróbuję czegoś innego.-Mrugam do niego i obracam się w okół własnej osi w poszukiwaniu interesującej broni.
-Taa, już to widzę.-Caton szczerzy do mnie zęby. Sięga po topór i muska palcami jego ostrze.-Może rozpalmy jakiś ogień? Jest tu chłodno.
Siadamy koło specjalnej płachty przeciw pożarowej. Na niej możemy spokojnie rozpalać ogień, ponieważ się nie rozpowszechni. Podaję przyjacielowi krzemień a ja układam drewno. Cato nie rozpala ognia z łatwością ale przynajmniej mu się udaje. Po chwili możemy już się grzać.
-Czemu po mnie przyszedłeś? Przecież i tak bym tu dotarła.-Przerywam ciszę.
-Za długo czekałem.-Odpowiada.
-Czekałeś? Na co niby? Na mnie? Przecież wiesz, że zawsze tutaj jestem.-Marszczę brwi. Zazwyczaj spotykamy się tutaj z Cato i ja jestem tu od niego dłużej. Czyżby męczyły go jakieś problemy?
-Niby tak ale się już niecierpliwiłem. Nie było cię długo.
-Koszmary?-Dopytuję. Ja rzadko miewam złe sny. Jestem przyzwyczajona do zła w życiu i jestem wychowana do trafienia na Igrzyska Śmierci więc nie widzę obawy, Cato był... po prostu miał ciężkie dzieciństwo. Poznałam się w nim podczas dożynek. A raczej po dożynkach. Jego starsza siostra trafiła na arenę. Uczono nas w szkole, że powinniśmy z tego powodu pogratulować jego rodzinie. On chodził do klasy o rok wyższej ode mnie, ale nigdy z nim nie rozmawiałam - w naszych małych szkołach jest mnóstwo uczniów.
Gdy mu gratulowałam patrzył na mnie spode łba, jakbym zrobiła coś złego. Chyba dłużej już nie mógł wytrzymać. Zaczął wrzeszczeć, że to wcale nie jest nic dobrego, że ludzie umierają podczas Głodowych Igrzysk. Ja byłam wtedy jeszcze strachliwą, spokojną dziewczynką. Od razu zaczęłam go przepraszać, bo bałam się, że mnie uderzy. W naszych szkołach bije się czasami dzieci za nie uważanie, nieodpowiedzialne zachowanie i głupotę. Ja dostałam dwa razy taką chłostę i wiedziałam jaki jest ból gdy ktoś cię zbije.
Zaczęłam go nieśmiało dopytywać co ma na myśli mówiąc, że Igrzyska są złe. Wypięłam mocno pierś, starając się wydawać mocniejsza. Moja matka zawsze powtarzała żebym nie dała się zhańbić ludziom, którzy bredzą kłamstwa. Cato wyjaśnił mi wszystko. Stwierdził, że Kapitol tylko wpaja nam dobro Igrzysk Śmierci do głowy. Wiemy, że były Mroczne Czasy i podczas zwątpienia w siłę Kapitolu wszystko się rozpadło, ale to nie oznacza, że my, którzy bez walki łatwo się zgodzili z Kapitolem, mamy cierpieć.
Poprosiłam go żeby mi wyjaśniał więcej takich rzeczy, wydawały się takie mądre i sensowne, że do teraz zdaję sobie sprawę z prawdy, którą mi zdradził. Później zaczęliśmy pracować jak jeden zuch. Razem sobie radziliśmy z pożywieniem, razem siebie ćwiczyliśmy, razem przechodziliśmy problemy.
-Zgadłaś. A ty? Dobrze spałaś?-Od głębokich przemyśleń rozbudza mnie Cato. Stara się po kryjomu zmienić temat, widzę to w jego oczach.
-Raczej tak, ale ty mnie obudziłeś.- Burczę. Rozcieram oczy udając, że jestem zmęczona.
-Trudno. Ćwiczymy coś?-Chłopak się podnosi i wyciąga do mnie rękę. Korzystam z pomocy i podciągam się na jego ciężarze.
-No pewnie. Na co jeszcze czekamy?-Daję mu kuksańca i podskakuję do worka z nożami, który leży pod nogami manekina. Jest to po prostu plastikowy człowieczek z punktami jak na tarczy, tyle, że są usadowione na różnych miejscach. 10 jest przy sercu i mam nadzieję, że tam wbiję ostrze.
-Raczej tak, ale ty mnie obudziłeś.- Burczę. Rozcieram oczy udając, że jestem zmęczona.
-Trudno. Ćwiczymy coś?-Chłopak się podnosi i wyciąga do mnie rękę. Korzystam z pomocy i podciągam się na jego ciężarze.
-No pewnie. Na co jeszcze czekamy?-Daję mu kuksańca i podskakuję do worka z nożami, który leży pod nogami manekina. Jest to po prostu plastikowy człowieczek z punktami jak na tarczy, tyle, że są usadowione na różnych miejscach. 10 jest przy sercu i mam nadzieję, że tam wbiję ostrze.
Od razu wie o co mi chodzi. Robimy sobie mały konkursik, który polega kto pierwszy rzuci wszystkimi nożami i kto z większą wprawą. Ja zawsze wygrywam póki co, bo Cato raczej radzi sobie w uśmiercaniu postaci poprzez patrzeniu ofierze w oczy i przeszywaniu ją oszczepem. Jest w tym niesamowity, taki zimny i beztroski. Żałuje, że nie mam tych cech.
-Na trzy?-Cato trzyma już rękę w worku.
-Na trzy. Raz.-Szepczę i zaciskam dłoń na rękojeści. Czuję na karku jak przebiega mnie dreszcz. Zawsze mam tą fascynującą adrenalinę gdy dotykam tej broni. Tak na prawdę nie wygląda groźnie. Raczej jak zwykły nóż do krojenia szynki. Rękojeść jest skromna, czarna, ze srebrnymi elementami.
-Dwa.-Liczy dalej Cato. Widzę jak napinają się jego mięśnie, jest gotowy do rzutu.
-TRZY!-Krzyczymy razem, jednocześnie rzucając bronią. Moja robi szybkie obroty w powietrzu i dobija z brzdękiem samej 10 manekina.
Cato bije mi wolno brawo i uśmiecha się do mnie szeroko. Od ostatnich czasów nawet nie próbuje rzucać tylko patrzy jak ja to robię. Może w ten sposób się uczy?
-Dlaczego mnie to nie dziwi?-Pyta, obejmując mnie ramieniem. Dziwi mnie to okropnie, bo Cato nie jest typem natury, który przytula ludzi.
-Clove, nie chcę cię stracić.-Mówi po chwili ciszy. Całkowicie mnie zatyka. Nic nie mówię. W końcu odważam się na poklepaniu go po plecach. Ale on nadal ściska moje ramiona, jakby nigdy nie chciał ich puścić.
-O co chodzi?-Mamroczę.
-Jutro dożynki.-Przypomina mi.-Nie ważą cię wylosować, a jeśli to zrobią poznają mój gniew.
-A tego chyba nikt by nie chciał.-Uśmiecham się do niego pocieszająco. On odsuwa mnie na długość ręki ale zaraz znów do siebie mnie przyciąga.
-Nie myślałaś o zgłoszeniu się, prawda? Masz zawsze głupie pomysły i stwierdziłem, że...
-Nawet jeśli bym została wylosowana, nawet jeśli bym się zgłosiła, to bym wygrała. Wygrałabym dla ciebie, Cato. -Zniżam głos, żeby brzmiał bardziej stanowczo.
-Nie wierzę, jak bardzo się zmieniłaś.-Za pewne przypomina sobie mnie jako małą dziewczynkę z warkoczykami bo z nikłym uśmiechem,patrzy w sufit.
-Cato, na prawdę wygram!-Wracam do tematu. Podoba mi się, że coś o nim wspomnieliśmy bo w innym wypadku nie mogłabym tego wszystkiego z siebie wyrzucić.-Inni nie mogą trenować, tylko nasz - 2 dystrykt - i pierwszy. Nie możesz we mnie wątpić, jestem dobra w zabijaniu!
Mój przyjaciel kiwa głową, ale nie wygląda na przekonanego. Wiem, że w żaden sposób nie przemówię mu do rozumu, on za bardzo się o mnie boi.
-Nie ufasz mi, C. Powinieneś bardziej we mnie uwierzyć. Tak jak mówiłeś, zmieniłam się nie do poznania.-Mówię dalej. On nic nie odpowiada tylko kładzie swoją głowę na moim ramieniu i zanurza ją w moich włosach. Czuję przy szczęce jego oddech, ale nie sprzeciwiam się, to całkiem miłe uczucie, tylko że jestem cała w gęsiej skórce.
-Ufam bardziej niż komukolwiek i wiedz, że nigdy w ciebie nie zwątpię chociaż jesteś niesamowitą wariatką. Chodź, spędźmy ze sobą więcej czasu.-Szepcze z lekkim, nerwowym chichotem. Usadawiamy się koło naszego ogniska i kładziemy się koło siebie. On patrzy ciągle w moją twarz, mimo że mam już zamknięte powieki. Nie potrafię długo spoglądać w kogoś oczy, krępuje mnie to. Ale on patrzy się nieustannie. W końcu obracam się na drugi bok i zasypiam. Czuję jak Cato ściska lekko moją rękę i coś szepcze, ale ja już odpłynęłam.
II
Budzę się równym świtem bo widzę wschodzące słońce. Cato wygląda cudownie w jego czerwonych promieniach. Ja rozkoszuję się jego światłem. Patrzę przez wielkie okno - dziś jest cudowna pogoda.
Przeczesuję palcami ciemne włosy i spinam je w wysoki, ciasny kucyk, były bardzo rozczochrane. Lekkim strząśnięciem rozprostowuję koszulkę, ostatecznie wyglądam 'jako tako'. Przez chwilę krzątam się po sali, bo chcę poczekać na pobudkę Cato. Nie wybaczyłby mi gdybym poszła bez niego, bez pożegnania. Ale wiem, że muszę się śpieszyć bo dzisiaj dożynki, więc moja mama pewnie będzie się mną przejmowała, chociaż nigdy tego nie robi od czasu kiedy odszedł od nas ojciec. To chyba pierwszy raz od wielu lat kiedy nazwałam go tatą. Zazwyczaj mówię do niego po imieniu, a najlepiej w ogóle o nim nie mówić.
Rozstał się z moją matką gdy się urodziłam. Nie chciał się mną zajmować, wmówił jej, że ma za dużo pracy. Jest z zawodu Strażnikiem Pokoju. Rok temu awansował i wyjechał do Kapitolu, zostawiając nas na pastwę losu. Moja mama nie może zarabiać bo jest chora na jakąś nie znaną jeszcze epidemię. Nawet gdyby była w pełni zdrowia, nie obchodziłaby się mną, tak jak teraz. Interesują ją wyłącznie pieniądze i uganianie się za mężczyznami, właściwie epidemia jest jej tylko wymówką. Nie mam szczęśliwej rodziny. Cieszę się więc, że mam bliskiego przyjaciela, który ich zastępuje. Mimo tego trudno samemu na siebie i na własną matkę zarabiać, tym bardziej w tych czasach. Nie mogę żebrać, bo w tym dystrykcie kończy się to chłostą. Muszę więc pracować w sklepie z warzywami, który prowadzi dosyć miła kobieta. Zawsze pozwala mi wziąć coś do jedzenia za darmo. I tak pieniądze, które tam zarabiam starczają jedynie na pożywienie i czasami ubranie. Właściwie nie potrzebuję więcej, tak przynajmniej uczą nas w szkole.
Próbuję zająć się czymś pożytecznym ale przeszkadza mi w tym głód.
"trudno-myślę.-"Tak samo będzie mi to doskwierało na Igrzyskach, więc muszę się przyzwyczaić."
Siadam więc bezradnie koło śpiącego Cato czyszcząc z nudów noże. Muszą być zadbane przed następnym użyciem.
Po około godzinie, powieki mojego przyjaciela lekko się otwierają, chociaż zaraz zakrywa je rękawy. Zapewne słońce go razi. Przykryłam kocem okno, żeby Caton mógł się rozbudzić. Chłopak dziękuje mi kiwnięciem głowy.
-Ja już muszę lecieć, czas się przygotować na Dożynki.-Ściskam go szybko.-Do zobaczenia.
-Przyjść po ciebie?-Pyta rozespanym głosem.
-Jeśli możesz to tak. Odprowadzimy siebie nawzajem.-Uśmiecham się do niego i zarzucam na siebie kurtkę.
-To cześć.
Wychodzę z sali żegnając go machnięciem ręki. Decyduję się na bieg, nie chcę żeby złapał mnie jakiś nowy strażnik który mnie jeszcze nie zna. Po drodze obserwuję jak jest przygotowywany plac. Na scenie krząta się mentor i ,ubrana na oczojebny pomarańcz, kobieta, która szeptem powtarza swoją rolę.
Nikt nie zważa na mnie uwagi więc podchodzę bliżej. Słyszę nagle odtwarzany hymn Panem. Odruchowo staję na baczność i salutuję w powietrze.
Przechadzam się w cieniu dalej. Biało ubrani strażnicy popijają koktajle i piwa, dzisiejszego dnia pozwalają sobie na krótki odpoczynek bo po miastach grasuje dodatkowa pomoc z Kapitolu.
Jeden z nich macha do mnie. Ale czy na pewno do mnie? Obracam się za siebie, sprawdzając czy ktoś inny czasami nie jest brany pod uwagę. Jednak nikogo nie zauważam. Podchodzę nieśmiało do strażnika.
-Witaj, piękna.-Zbierają mnie mdłości gdy słyszę ten głos. Mój ojciec uśmiecha się w ten irytujący sposób, myśląc że jest przystojny.
-Czego chcesz?-Warczę. Nawet jeśli chciałby w jakiś sposób mi pomóc, nie przyjęłabym rad. Nie od niego.
-Oh, zobaczyć się ze swoją córeczką!To chyba normalne w przypadku ojca, prawda?-Wyszczerza zęby. Widzę w jego jamie ustnej dużo poprawek. Ma na nich złote szlaczki i są bardziej proste niż dawniej.
-Ale nie w przypadku ciebie.-Burczę.-Co ty z sobą zrobiłeś?
-To znaczy?-Mój tata ze zdziwieniem uniósł brwi. Nie zauważył tego, że z złotymi zębami wygląda jak ostatni idiota?
-Nie ważne.-Mamroczę.-Czego ode mnie chcesz?
-No dobra, dobra, powiem czego tak na prawdę chcę...-Ojciec bierze głęboki oddech.-Mogę się przejść do domu?
DO DOMU?! To nie jest już jego dom. Kręcę gwałtownie głową. Jeszcze pozostawi tam swój ślad, albo wystraszy moją mamę. Nie! Jasne, że tam nie wejdzie!
-Ale... Mógłbym wam dać jakieś pieniądze. Chcę porozmawiać w osobności od kamer, skarbie.-Nie mogę oprzeć się szantażu. Może mieć dużo pieniędzy, a my właśnie ich potrzebujemy na jakieś eleganckie stroje.
-No dobra, niech ci będzie.-Zgadzam się nie chętnie. Obracam się na pięcie i prowadzę go do drzwi mojego domu.
Gdy pcham się, skrzypią okropnie hałaśliwie. Tata się wzdryga i zatyka dłońmi uszy. Włazi za mną do środka. Mama krząta się już w kuchni. Gdy spogląda przez ramię by sprawdzić kto przyszedł, wypada jej z rąk talerz. Zaczyna okropnie jęczeć i zawodzić. Podbiegam do niej i przytulam troskliwie. Szepczę do jej ucha słowa zachęty a ona zaczyna się zgadzać. Prowadzę ją za rękę do ojca. On mierzy ją ciekawskim wzrokiem, jakby była odrażającym owadem.
-Nie możliwe, że jesteś moją żoną.-Wzdycha po przebadaniu jej stanu wyglądu.
Ona patrzy na niego lękliwie.
-Jestem Carmen.-Wysuwa do niego drżącą dłoń.-Zjesz coś... Zje coś, pan?
-Poproszę jedynie o herbatę.-Ojciec rozgaszcza się w domu. Siada na krześle i ściąga z siebie kuloodporną, srebrną kamizelkę.
Mama wstawia kocioł wody na ogniu ,po czym drętwieje i stoi nieruchomo w jednym miejscu.
-Zmieniło się od czasów kiedy tu byłem.-Mówi ojciec rozglądając się po pokoju.
-Czego się dziwisz, jeśli ja, samotna nastolatka, się tym wszystkim zajmuje?!-Podnoszę głos do krzyku. Nie jestem w stanie dłużej znieść jego obecności.
-Jesteś bardzo dojrzała, słońce.-Znów ma na twarzy ten tandetny uśmieszek. Mam ochotę go uderzyć w pysk.
-Z porównaniem do ciebie?-Mam ochotę wskrzesić ogień. Nie dam mu za wygraną.
-Och, nie sądzę! Z porównaniem do mnie jesteś małym bachorkiem. Ale to nic, kiedyś dorośniesz.-W jego oczach widzę wrogi blask. A więc udało mi się go wyrwać spoza kontroli.
-Mam taką nadzieję.-Teraz przybieram twarz zdeterminowanej ale spokojnej i opanowanej, chociaż w moje serce bije zemstą.
-A więc czego chcesz?-Powtarzam pytanie po raz trzeci. Ojciec wygodniej układa się na krześle. W elegancki sposób zakłada nogę na nogę.
-Więcej szacunku, dziecko.-Mówi. Podchodzę do niego i chwytam go za fraki.
-Niczego ode mnie nie oczekuj!-Krzyczę. Mama zaczyna ponownie jęczeć. Robi się nieprzyjemna atmosfera.
-Bo?-Mam ochotę trzasnąć go w twarz za takie dziecinne pytania.
-Błagam cię, wyjdź.-Zmuszam siebie do opanowania głosu, bo zawodzenie mamy staje się coraz gorsze. Kiedy to robię mama cichnie a tata kiwa głową, chyba daruje sobie ośmieszanie nas.
-Wpuściłam cię do domu. Dawaj kasę.-Szepnęłam do niego.
-Po co ci ona?-Warczy.
-Na sukienki. Dla mnie i dla mam. Na dożynki.-Tłumaczę. Mogłabym powiedzieć 'bo tak' ale równie dobrze on mógłby mnie wysłać za to na śmierć za to, że żądam od niego pieniędzy. Nagle zalśniły mu oczy - chyba sobie coś przypomniał.
-Chodź ze mną.-Nie czekając na odpowiedź, wyciąga mnie za nadgarstek na zewnątrz.
Budzę się równym świtem bo widzę wschodzące słońce. Cato wygląda cudownie w jego czerwonych promieniach. Ja rozkoszuję się jego światłem. Patrzę przez wielkie okno - dziś jest cudowna pogoda.
Przeczesuję palcami ciemne włosy i spinam je w wysoki, ciasny kucyk, były bardzo rozczochrane. Lekkim strząśnięciem rozprostowuję koszulkę, ostatecznie wyglądam 'jako tako'. Przez chwilę krzątam się po sali, bo chcę poczekać na pobudkę Cato. Nie wybaczyłby mi gdybym poszła bez niego, bez pożegnania. Ale wiem, że muszę się śpieszyć bo dzisiaj dożynki, więc moja mama pewnie będzie się mną przejmowała, chociaż nigdy tego nie robi od czasu kiedy odszedł od nas ojciec. To chyba pierwszy raz od wielu lat kiedy nazwałam go tatą. Zazwyczaj mówię do niego po imieniu, a najlepiej w ogóle o nim nie mówić.
Rozstał się z moją matką gdy się urodziłam. Nie chciał się mną zajmować, wmówił jej, że ma za dużo pracy. Jest z zawodu Strażnikiem Pokoju. Rok temu awansował i wyjechał do Kapitolu, zostawiając nas na pastwę losu. Moja mama nie może zarabiać bo jest chora na jakąś nie znaną jeszcze epidemię. Nawet gdyby była w pełni zdrowia, nie obchodziłaby się mną, tak jak teraz. Interesują ją wyłącznie pieniądze i uganianie się za mężczyznami, właściwie epidemia jest jej tylko wymówką. Nie mam szczęśliwej rodziny. Cieszę się więc, że mam bliskiego przyjaciela, który ich zastępuje. Mimo tego trudno samemu na siebie i na własną matkę zarabiać, tym bardziej w tych czasach. Nie mogę żebrać, bo w tym dystrykcie kończy się to chłostą. Muszę więc pracować w sklepie z warzywami, który prowadzi dosyć miła kobieta. Zawsze pozwala mi wziąć coś do jedzenia za darmo. I tak pieniądze, które tam zarabiam starczają jedynie na pożywienie i czasami ubranie. Właściwie nie potrzebuję więcej, tak przynajmniej uczą nas w szkole.
Próbuję zająć się czymś pożytecznym ale przeszkadza mi w tym głód.
"trudno-myślę.-"Tak samo będzie mi to doskwierało na Igrzyskach, więc muszę się przyzwyczaić."
Siadam więc bezradnie koło śpiącego Cato czyszcząc z nudów noże. Muszą być zadbane przed następnym użyciem.
Po około godzinie, powieki mojego przyjaciela lekko się otwierają, chociaż zaraz zakrywa je rękawy. Zapewne słońce go razi. Przykryłam kocem okno, żeby Caton mógł się rozbudzić. Chłopak dziękuje mi kiwnięciem głowy.
-Ja już muszę lecieć, czas się przygotować na Dożynki.-Ściskam go szybko.-Do zobaczenia.
-Przyjść po ciebie?-Pyta rozespanym głosem.
-Jeśli możesz to tak. Odprowadzimy siebie nawzajem.-Uśmiecham się do niego i zarzucam na siebie kurtkę.
-To cześć.
Wychodzę z sali żegnając go machnięciem ręki. Decyduję się na bieg, nie chcę żeby złapał mnie jakiś nowy strażnik który mnie jeszcze nie zna. Po drodze obserwuję jak jest przygotowywany plac. Na scenie krząta się mentor i ,ubrana na oczojebny pomarańcz, kobieta, która szeptem powtarza swoją rolę.
Nikt nie zważa na mnie uwagi więc podchodzę bliżej. Słyszę nagle odtwarzany hymn Panem. Odruchowo staję na baczność i salutuję w powietrze.
Przechadzam się w cieniu dalej. Biało ubrani strażnicy popijają koktajle i piwa, dzisiejszego dnia pozwalają sobie na krótki odpoczynek bo po miastach grasuje dodatkowa pomoc z Kapitolu.
Jeden z nich macha do mnie. Ale czy na pewno do mnie? Obracam się za siebie, sprawdzając czy ktoś inny czasami nie jest brany pod uwagę. Jednak nikogo nie zauważam. Podchodzę nieśmiało do strażnika.
-Witaj, piękna.-Zbierają mnie mdłości gdy słyszę ten głos. Mój ojciec uśmiecha się w ten irytujący sposób, myśląc że jest przystojny.
-Czego chcesz?-Warczę. Nawet jeśli chciałby w jakiś sposób mi pomóc, nie przyjęłabym rad. Nie od niego.
-Oh, zobaczyć się ze swoją córeczką!To chyba normalne w przypadku ojca, prawda?-Wyszczerza zęby. Widzę w jego jamie ustnej dużo poprawek. Ma na nich złote szlaczki i są bardziej proste niż dawniej.
-Ale nie w przypadku ciebie.-Burczę.-Co ty z sobą zrobiłeś?
-To znaczy?-Mój tata ze zdziwieniem uniósł brwi. Nie zauważył tego, że z złotymi zębami wygląda jak ostatni idiota?
-Nie ważne.-Mamroczę.-Czego ode mnie chcesz?
-No dobra, dobra, powiem czego tak na prawdę chcę...-Ojciec bierze głęboki oddech.-Mogę się przejść do domu?
DO DOMU?! To nie jest już jego dom. Kręcę gwałtownie głową. Jeszcze pozostawi tam swój ślad, albo wystraszy moją mamę. Nie! Jasne, że tam nie wejdzie!
-Ale... Mógłbym wam dać jakieś pieniądze. Chcę porozmawiać w osobności od kamer, skarbie.-Nie mogę oprzeć się szantażu. Może mieć dużo pieniędzy, a my właśnie ich potrzebujemy na jakieś eleganckie stroje.
-No dobra, niech ci będzie.-Zgadzam się nie chętnie. Obracam się na pięcie i prowadzę go do drzwi mojego domu.
Gdy pcham się, skrzypią okropnie hałaśliwie. Tata się wzdryga i zatyka dłońmi uszy. Włazi za mną do środka. Mama krząta się już w kuchni. Gdy spogląda przez ramię by sprawdzić kto przyszedł, wypada jej z rąk talerz. Zaczyna okropnie jęczeć i zawodzić. Podbiegam do niej i przytulam troskliwie. Szepczę do jej ucha słowa zachęty a ona zaczyna się zgadzać. Prowadzę ją za rękę do ojca. On mierzy ją ciekawskim wzrokiem, jakby była odrażającym owadem.
-Nie możliwe, że jesteś moją żoną.-Wzdycha po przebadaniu jej stanu wyglądu.
Ona patrzy na niego lękliwie.
-Jestem Carmen.-Wysuwa do niego drżącą dłoń.-Zjesz coś... Zje coś, pan?
-Poproszę jedynie o herbatę.-Ojciec rozgaszcza się w domu. Siada na krześle i ściąga z siebie kuloodporną, srebrną kamizelkę.
Mama wstawia kocioł wody na ogniu ,po czym drętwieje i stoi nieruchomo w jednym miejscu.
-Zmieniło się od czasów kiedy tu byłem.-Mówi ojciec rozglądając się po pokoju.
-Czego się dziwisz, jeśli ja, samotna nastolatka, się tym wszystkim zajmuje?!-Podnoszę głos do krzyku. Nie jestem w stanie dłużej znieść jego obecności.
-Jesteś bardzo dojrzała, słońce.-Znów ma na twarzy ten tandetny uśmieszek. Mam ochotę go uderzyć w pysk.
-Z porównaniem do ciebie?-Mam ochotę wskrzesić ogień. Nie dam mu za wygraną.
-Och, nie sądzę! Z porównaniem do mnie jesteś małym bachorkiem. Ale to nic, kiedyś dorośniesz.-W jego oczach widzę wrogi blask. A więc udało mi się go wyrwać spoza kontroli.
-Mam taką nadzieję.-Teraz przybieram twarz zdeterminowanej ale spokojnej i opanowanej, chociaż w moje serce bije zemstą.
-A więc czego chcesz?-Powtarzam pytanie po raz trzeci. Ojciec wygodniej układa się na krześle. W elegancki sposób zakłada nogę na nogę.
-Więcej szacunku, dziecko.-Mówi. Podchodzę do niego i chwytam go za fraki.
-Niczego ode mnie nie oczekuj!-Krzyczę. Mama zaczyna ponownie jęczeć. Robi się nieprzyjemna atmosfera.
-Bo?-Mam ochotę trzasnąć go w twarz za takie dziecinne pytania.
-Błagam cię, wyjdź.-Zmuszam siebie do opanowania głosu, bo zawodzenie mamy staje się coraz gorsze. Kiedy to robię mama cichnie a tata kiwa głową, chyba daruje sobie ośmieszanie nas.
-Wpuściłam cię do domu. Dawaj kasę.-Szepnęłam do niego.
-Po co ci ona?-Warczy.
-Na sukienki. Dla mnie i dla mam. Na dożynki.-Tłumaczę. Mogłabym powiedzieć 'bo tak' ale równie dobrze on mógłby mnie wysłać za to na śmierć za to, że żądam od niego pieniędzy. Nagle zalśniły mu oczy - chyba sobie coś przypomniał.
-Chodź ze mną.-Nie czekając na odpowiedź, wyciąga mnie za nadgarstek na zewnątrz.
Jest parę literówek i trochę Ci chyba poucinało tekst gdzieniegdzie. Ale ogólnie fajnie :) Gdybyś zmieniła czcionkę, albo przynajmniej lekko pomniejszyła, to przyjemniej by się czytało :)
OdpowiedzUsuńwiem, wiem, tekst mi dziwnie skacze i najwyraźniej musi to być wina Bloggera bo ustawienia mam na domyślną, małą czcionkę a co do literówek muszę jeszcze raz to wszystko ogarnąć. Ale dzięki wielkie <3
OdpowiedzUsuń